to powieść, która przedstawia pewien okres życia bohaterki, Miry, trzydziestoletniej kobiety, niedoszłej nauczycielki historii i początkującego grafika. Okres, w którym ma zapaść jedna z najważniejszych decyzji w jej życiu. Początkowo stawia sobie ona za cel nadrzędny dociągnięcie do ołtarza aktualnego wybranka serca, w miarę jednak upływu czasu zaczyna zadawać sobie pytanie, czy Łukasz jest aby na pewno tym, z którym powinna spędzić resztę życia. Zachowanie narzeczonego i liczne sytuacje świadczące o niewystarczającym zaangażowaniu emocjonalnym, początkowo nie przeszkadzają Mirze w konsekwentnym "parciu" do mety. Pojawienie się jednak w jej życiu, kolejno dwóch mężczyzn powoduje rozterki duchowe bohaterki i całą masę wątpliwości.
Dodatkowo wspierana przez dwie przyjaciółki; Agnieszkę, artystyczną duszę o żelaznych zasadach i wyglądzie żurnalowej modelki, jak i Ulę, ciepłą, przyjazną wszystkim kobietę, przykładową żonę i matkę czwórki rozbrykanego rodzeństwa, decyduje się jednak na odroczenie terminu ślubu.
Przy okazji udaje jej się znaleźć miłość i przekonać się, że nie jest istotny sam bieg do mety, ale to z kim się biegnie.
........................
Zacznijmy nietypowo. Czy jest Pani mężatką?
Nietypowo i nieprzerwanie od ośmiu lat.
Skąd pomysł na książkę? Czy książka zawiera wątki biograficzne? Pojawiają się jakieś drobne epizody z mojego życia, na pewno, ale zazwyczaj zaistniałą sytuację dość znacznie modyfikuję, dodaję to, czego na przykład zabrakło mi w rzeczywistości, nie wspominam zaś ani słówkiem tego, co zdarzyć się, według mnie, nie powinno. Ot, taka moja prywatna korekta wydarzeń. W każdym razie trudno mówić o wątkach biograficznych.
Skąd czerpie Pani pomysły na swoje powieści? Pomysły znajduję codziennie w środkach komunikacji miejskiej, na ulicy, w sklepie. Lubię obserwować ludzi, analizować zachowanie, sytuacje, później dokładam to i tamto i proszę bardzo, jest pomysł na powieść. Podobnie było z książkową Mirą.
Czy według Pani w dzisiejszych czasach presja otoczenia dotycząca wczesnego zamążpójścia nieco zelżała?
Na pewno. Na pierwszy plan wysunęła się kariera, zapewnienie sobie materialnego "zaplecza", chociaż nie powinno się generalizować. Tendencja jest jaka jest, każdy widzi, ale otoczenie raczej nie wywiera już takiej presji jak kiedyś.
Czy myśli Pani, że małżeństwo to "grób miłości"?
Może być, ale nie musi. Wydaje mi się, że to czy pochowamy uczucie, wraz z wypowiedzeniem sakramentalnego tak, zależy od nas samych. Niektórzy zaczynają kopać dół już przy pierwszym nie umytym talerzu, czy zabrudzonej podłodze.
Inni myją tą podłogę we dwójkę. Na pewno codzienność sprowadza na ziemię, stawia miłość w innym wymiarze, ale żeby od razu ją... grzebać?
Książka należy do lektur zabawnych, łatwych, lekkich i przyjemnych, doskonale nadających się na letnie wieczory. Czy na co dzień to też Pani ulubiony kierunek upodobań czytelniczych? Jakie książki najchętniej Pani czyta? Czytam wszystko co do czytania się nadaje. Otwieram książkę, jeśli pierwszy akapit mnie "wciągnie"... nie zainteresuje, nie zaciekawi czy spodoba, tylko właśnie "wciągnie", to czytam. Niezależnie od gatunku literackiego, czy autora. A wciągnąć potrafi wszystko, począwszy od sensacji, kryminału, poprzez biografie, zakończywszy zaś na książkach lekkich, łatwych i przyjemnych. Owszem, mam ulubione pozycje w domowej bibliotece, ale nie determinują one w żaden sposób mojego wyboru.
Czy łatwo w Polsce wydać książkę?
Hmmmm... teraz, kiedy trzymam już oprawioną w okładkę książkę w ręku, wydaje mi się, że bardzo łatwo. Ale to subiektywne odczucie. Wystarczy, że cofnę się pamięcią parę miesięcy, przypomnę odmowne odpowiedzi, lub brak odpowiedzi w ogóle, poprawianie, nieustanne korygowanie tekstu i wysyłanie znowu.
Tak, wtedy zdecydowanie wydawało mi się to wręcz niemożliwe.
Podsumowując więc - chyba nie jest łatwo.
A jakie ma Pani marzenia związane z książką Aby do mety? Już się spełniły:)
Zasiadłam w fotelu obstawiając się kubkiem z kawą, popielniczką i miską z muesli. Nie wylezę stąd dopóki on nie pójdzie do pracy. Koniec kropka. Plan na dzisiaj. Niech będzie ambitnie, pracowicie.... Zadzwonię do Agnieszki, miała popytać w różnych agencjach, czy nie potrzebują chłopca, czy raczej dziewczynki na posyłki.
Trzasnęły drzwi.
Hm. Do widzenia.
Pobiegnę po gazetę... a może lepiej już prezenty kupić? A pracy sobie poszukam po świętach. Przecież już za tydzień wigilia. Ustaliliśmy, że na wigilię i pierwszy dzień świąt pojedziemy do mnie. Na drugi do Łukasza. Co jego mamie kupić? Bo że mojej... Zaczęłam pochłaniać śniadanie, przy czym lewa ręka bezwiednie sięgnęła po aktualnie czytaną książkę i bezbłędnie odnalazła fragment, w którym skończyłam czytać... znowu trzasnęły drzwi.
Po chwili zarumienione lico Łukasza wychynęło z obłoków dymu.
Zjesz ze mną śniadanie?
Hm.
No chodź, nie daj się prosić - i już go nie było.
Nie daj się prosić. Prosić nie, przeprosić bym się raczej dała - mruczałam pod nosem, ale poszłam do kuchni.
Wmurowało mnie. Na stole spoczywały świeżutkie bułeczki - skąd on wziął bułki... pokrojony pomidor, nieważne że o tej porze roku niewiele wart, szynka, ser, nawet sałatka. Spojrzałam podejrzliwie. Chwilę pogrzebałam w pamięci, bo przecież coś się za tym kryło... no tak, tradycyjnie zapomniałam. Rocznica naszej pierwszej randki. Zawsze tak było. Ja zupełnie nie miałam głowy do cyferek, tak więc o wszelkich uroczystościach pamiętał Łukasz. Jeżeli nie miał akurat na oku żadnego upominku dla swojej ukochanej, albo pomysłu na uroczo spędzony czas on również pozwalał sobie na roztargnienie i rocznice przemykały niezauważone. Ale nie dzisiaj.
Wszystkiego dobrego kochanie - podszedł do mnie, takiej rozmamłanej, we frotkowym szlafroku. Przygładził artystyczny nieład na mojej zapominalskiej głowie i pocałował.
- Chciałem żeby było romantycznie.
Całkiem ci wyszło - mruknęłam w mechaty sweter.
I wtedy, no i właśnie ... ukląkł na to jedno kolano, wyciągnął jakieś puzderko z kieszeni spodni i:
Miro kochana, proszę cię, abyś za mnie wyszła - powiedział poważnie.
A kwiaty? Gdzie kwiaty??? Zawsze zainteresowani występują z naręczem kwiatów - przemknęło mi przez myśl. Oprzytomniałam bo Łukasz patrzył na mnie zdezorientowany.
Zgadzasz się...? - zapytał niepewnie.
Tak, tak, oczywiście że tak.
Faktycznie, ciężki dzień przed nim.
Ula była od codziennych spraw. Od gotowania, od łamanych w drzwiach rąk, od utarczek powszednich. Sprawami najwyższej wagi państwowej molestowałam zawsze najpierw Agnieszkę. Tak więc po nietypowo rozpoczętym poranku wdziałam na siebie pierwsze lepsze ciuchy jakie mi wpadły w ręce i pojechałam. Konieczności anonsowania się nie było, bo w domu Aga będzie na pewno. Niedoszły acz wykształcony pedagog, z zapałem wykorzystywał całkiem znośny kapitalik jaki jej przypadł w udziale po śmierci ukochanej babci. Wykorzystywał na radosną twórczość artystyczną. Nie do końca dla mnie zrozumiałą, trzeba przyznać. Podobno jednak sztuki współczesnej, jak właściwie każdej, nie trzeba rozumieć. Trzeba ją czuć. Więc chodziłam na wystawy mojej sławnej koleżanki artystki, przyglądałam się jej obrazom i rzeźbom, starając się wczuć w tą sztukę. Ciężko mi szło.
Z drugiej strony to Agnieszka właśnie zaraziła mnie grafiką, pokazała co można wydobyć ze zdjęć przy pomocy najnowszych cudów techniki. No i co najważniejsze ona, w przeciwieństwie do Łukasza, we mnie wierzyła. Masz potencjał, wyobraźnię, próbuj - sadzała do swojego sprzętu i oceniała, krytykowała, a przede wszystkim nie pozwalała przestać - marnujesz się kobietko. Zrób coś z tym wreszcie.
Ha, próbowałam więc zrobić. Poza tym, cenna sprawa, Agnieszka od czasu do czasu brała zlecenia z różnych agencji reklamowych. Zwłaszcza tych, które miały ochotę na niekonwencjonalne kampanie. Mogłaby mnie zaczepić jako wspaniałą, zdolną protegowaną.
Tramwaj telepał się niemiłosiernie wolno w szarej, paskudnej brei. Nie ma co zima tego roku sprzyja chandrom, depresjom i innym takim. Tymczasem mnie jakoś nie udało się odlepić z twarzy głupkowatego półuśmiechu, zupełnie nie na miejscu. Pan w niebieskim bereciku z małą teczką pod pachą nawet zaczął się odsuwać w bezpieczniejsze okolice - aby dalej ode mnie. Ani chybi wariatka, miał wypisane w linijkach pomarszczonego czoła. Kij mu w oko. Wychodzę za mąż... ludziska, zjawisko niebywałe i chyba... cieszyć się trzeba...
Przy wyjściu z metra nabyłam słuszną ilość węglowodanów w postaci wyjątkowo smacznych ciach francuskich nadziewanych czym tylko dusza zapragnie. Hm, widzę, że sprawa jest całkiem poważna - Aga popatrzyła sceptycznie na torebki ze znajomym, okrągłym obliczem piekarza - nastawiam wodę. Ano poważna - potwierdziłam pozbywając się zabłoconych butów - brrr, jak nie musisz nie wychodź nawet z domu. Chyba, że do solarium - poradziłam usłużnie, bo przecież od samego rana z nieba ciurkiem płynęły strumienie szaroburego... czegoś.
Streściłam wydarzenia dzisiejszego poranka i popatrzyłam na nią wyczekująco.
Nareszcie - westchnęła - kiedy ślub?
Kiedy ślub, kiedy ślub - przedrzeźniałam - nie wiem, tego jeszcze nie ustaliliśmy, może na jesień... pojęcia nie mam. A może on tylko chciał mi dać do zrozumienia, że o tym naszym związku myśli poważnie? I co? Na tym poprzestanie? Przez całe życie będziesz jego narzeczoną? Teraz to już kochana możesz zacząć naciskać. Pamiętaj Mira, aby do mety.
A meta gdzie? - zainteresowałam się.
Jak to gdzie? Przed księdzem, zaznaczam że oboje musicie dobiec w tym samym czasie.
Do mety powiadasz... Hm, problem jednak w tym, że chyba niekoniecznie umiem naciskać...
Odstawiła z hukiem kubek.
Nie umiem, nie umiem. To się naucz. Dużo lepiej na tym wyjdziesz niż na tym swoim nabieraniu wody, czy co tam akurat masz pod ręką, w usta. Nic ja ciebie nie rozumiem.
Nie ty jedna - mruknęłam w kokosową rurkę.
A tak nawiasem mówiąc uważaj, bo jak będziesz pochłaniać takie ilości słodyczy to w żadną kiecę się nie wbijesz, a jak się wbijesz będziesz wyglądać jak beza z rudawym kremem na wierzchu - zauważyła bezlitośnie.
W nosie mam, na razie to jeszcze nie wiem, na kiedy mam się wbić.
A kogo na drużbę? Bo to najbardziej mnie interesuje... - zapytała
Aga miała od dawien dawna zagwarantowaną rolę druhny na moim ślubie. Z resztą ja na jej też. Jeszcze za czasów głęboko studenckich, kiedy przesiadywałyśmy godzinami na korytarzu akademika zasnute oparami papierosowego dymu, w pokojach palić nie było wolno, pomiędzy kolejnymi stronami notatek pozwalałyśmy sobie na drobne szkice przyszłości. Oczywiście ten jeden jedyny jawił się w pięknych kolorach, jako inteligentny, przystojny młodzian, najlepiej zasobny w jakieś mieszkanko, może być i samochód. Dobrze zarabiający i nieco starszy niż wybranka serca. Z biegiem czasu okazało się jednak, że tych inteligentnych i przystojnych, zamiast na pęczki to na lekarstwo, zasobnych w mieszkanko i samochód brakuje na rynku matrymonialnym. Chyba, że wziąć pod uwagę wtórny. A postać łącząca w sobie wszystkie wymarzone przez nas cechy, okazała się przedstawicielem zdaje się wymarłego już gatunku.
Chciał, nie chciał trzeba było szkice zmodyfikować i zwracać uwagę przede wszystkim na ogólne relacje z przedstawicielami płci brzydkiej. I tak oto mnie przypadł na stałe w udziale Łukasz, uroczy (czasami) pan z zakolami, dobrą pracą i rosnącym z dnia na dzień mięśniem piwnym. A Agnieszce przelotne znajomości, ale przeważnie samotność.
Co do drużby, spokojna głowa, wezmę pod uwagę twoje sugestie - zapewniłam gorąco.
Weź, weź, chociaż prawdę powiedziawszy na cuda już nie liczę. Ehhh, zmieniły nam się priorytety, co Mirul?
Widocznie miałyśmy jakieś takie niekoniecznie osadzone w realiach - wzruszyłam ramionami - włos mi się na głowie jeży jak o tym wszystkim pomyślę.
O czym? O priorytetach?
Taaa, o ślubie, weselu, całym zamieszaniu. Aga, powiedz ty mi, czy ja się nadaję na żonę? Na matkę jego dzieci? Mama chyba ma rację, nie poradzę sobie...
Nie udało mi się uchylić przed spadającą rurką... dlaczego one we mnie rzucają czym popadnie? Ech, baby.
........................
Książka dostępna w dobrych księgarniach w całej Polsce, w internecie i na stronie wydawcy: