
Tego jestem pewna! Nasze spotkanie nie było przypadkiem - mimo, że zaczęło się od wirtualnej rozmowy, nasze zaręczyny w Krakowie nie były przypadkiem i nie przypadkiem pewnego pięknego dnia odebrałam telefon: "Gratuluje wygrała Pani w konkursie na wymarzony scenariusz ślubno- weselny wyjazd do Rzymu lub Paryża ".
Decyzja zapadła chyba w tej samej sekundzie, w której usłyszałam te słowa: Rzym! - w końcu wszystkie drogi tam prowadza, nasza też niech prowadzi!
Mój obecnie już mąż, z wielką radością umówił się wtedy ze mną na randkę w wiecznym mieście, nie do końca mi jeszcze dowierzając i jakoś mu się nie dziwiłam :.
Czas płynął i z każda chwilą przybliżała się data naszego ślubu i wyjazdu do Włoch.
16 września - przed Bogiem, w obecności bliskich, złożyliśmy sobie słowa przysięgi na dobre i na złe. Potem była zabawa do rana, a już następnego dnia świerzbiło nas by jak najszybciej wyrwać kartki z kalendarza i by nadszedł wyczekiwany dzień odlotu.
W piątek 29 września stawiliśmy się w Krakowie, mieście bardzo dla nas ważnym, w którym usłyszałam, tak istotne dla zakochanej kobiety słowa: zostaniesz moją żoną?" O godzinie 12 nasz samolot wzbił się w przestworza i poczułam to co opisałam w swoim śnie o wymarzonym weselu. Pokonanie grawitacji i wypełnione marzenie Ikara. Chmury u naszych stóp i słońce pukające do malutkich okienek w samolocie. Głos pilota oświadczający nam, że za oknem jest minus 52 stopnie, nie ostudził naszego zachwytu nad tym co widzieliśmy z okna. Maleńkie domki i wijące się rzeczki, które nikły gdzieś w oddali, a jednak miały swój cel. Dla nas to swoista metafora - one i nasze życie. Tez się gdzieś wije, nie wiadomo co nas czeka, a mimo wszystko to ma sens, bo mamy wspólne cele.
Rzym powitał nas prześliczną słoneczną pogodą, mimo że serwisy pogodowe nie bardzo mogły się zdecydować: niby miało być ciepło, ale pochmurno, może deszcz może słońce.
Było ciepło, wręcz dla nas, przystosowanych do klimatu umiarkowanego, gorąco i parno.
Już na samo: "dzień dobry" przekonaliśmy się o olbrzymiej życzliwości Włochów Widząc dwie już nieźle zmęczone i zagubione lekko istotki (w końcu jak tu się odnaleźć w ziemskiej rzeczywistości ludziom z kosmosu ;)) przychodzili od razu z pomocą i nawet bariery językowe nie stanowiły przeszkody.
Tak więc do hotelu dotarliśmy szybko i sprawnie.
W klimatyzowanym pokoiku hotelowym czekała nas niespodzianka: bukiet czerwonych róż, butelka przepysznego czerwonego wina i pięknie pachnąca świeca. Róże - symbol miłości, czyż nie o nich była mowa na księżycu??" Wieczory zapowiadały się bardzo romantycznie, ale o tym troszkę później.
Cały czas obiecywałam sobie: w Rzymie wypoczniemy(!), chyba byłam nie do końca świadoma co mnie czeka. Jeszcze tego samego dnia, nasze kroki skierowaliśmy w stronę Koloseum i cofnęliśmy się w czasie. Wieki przemówiły głośno i wyraźnie, nie tylko poprzez kamień, ale i przechadzających się tu i ówdzie rzymskich legionistów. Człowiek staje twarzą w twarz z historią i uświadamia sobie, jaki ma zaszczyt, że może jej namacalnie dotknąć. Klimat tego miejsca wręcz pozwalał usłyszeć ryczące lwy i dźwięk walki gladiatorów.
Nasze niespokojne duchy nie pozwoliły nam jednak zakończyć tego dnia w tym miejscu, powolnym krokiem udaliśmy się dalej wzdłuż murów Palatynu, podziwiając ogrom i piękno, mimo upływu czasu, starożytnego Rzymu. Nogi niosły nas dalej, nie bardzo dając się przekonać, że może by warto wrócić i odpocząć. One jednak wiedziały co robią.
Po raz kolejny mieliśmy się przekonać, że nic nie dzieje się przypadkiem. 2 tygodnie wcześniej ślubowaliśmy sobie przed ołtarzem miłość i wierność po grób, a przewrotny los chciał nas sprawdzić w Rzymie sprawdzić czy któreś z nas tego dnia nie kłamało? Mijając po drodze ścianę z płaskorzeźbą przedstawiającą wilczyce karmiącą Romulusa i Remusa oczom naszym ukazał się maleńki niepozornie wyglądający kościołek.
Nasza wrodzona ciekawość nakazała nam zbadać ów zabytek, nie wiedzieliśmy jednak jaka próba nas tam czeka. Santa Maria in Cosmedin - bazylika, w której portyku umieszczone są Usta Prawdy - Bocca della Merita. Ciarki przeszły nam po plecach i pewnie gdyby nie fakt, ze było już późno i brama była zamknięta zaraz poddalibyśmy się próbie "prawdy". Sprawdzian prawdomówności nastąpił już w sobotę, bo nasza ciekawość wzięła górę i wróciliśmy tam już przed południem. Donoszę od razu, wszem i wobec, że oboje po dziś dzień posiadamy dłonie na właściwym miejscu, wiec chyba nie kłamaliśmy sobie przed ołtarzem.